WSTECZ

Pamiętacie Sebastiana, półmaratończyka, którego wspieramy? 6 kwietnia wystartował w półmaratonie poznańskim w czerwonej koszulce z naszym logo. Przeczytajcie, jak mu poszło:

 

 

Cel minimum osiagniety

 

Niedziela, 6 kwietnia, godzina 6:30 – pobudka. Noc była niespokojna, długo nie mogłem zasnąć. Na śniadanie dwie bułki z miodem i ciepła herbata. Wyjazd na Maltę o 8:30. Na miejscu jestem jeszcze przed godziną dziewiątą. Pierwsze wrażenie: morze ludzi. Niektórzy już zaczynają rozgrzewkę. Pierwszy dylemat: jak się ubrać? Długi czy krótki rękaw? W słońcu ciepło, ale kiedy słońce schowało się za chmurami, było chłodno. Wybieram długi rękaw. Powoli sam zacząłem się rozgrzewać kierując się w stronę startu. Szybko odnajduję swoją strefę startową.

 

Dochodzi godzina 9:50. Strzał startera i… ruszyli na trasę rolkarze i wózkarze. Do startu biegaczy jeszcze 10 minut. Słońce wychodzi za chmur i już wiem, że wybór długiego rękawa był błędem. Niestety było już za późno na powrót do szatni. Na starcie robi się coraz ciaśniej. Ostatnie odliczanie, strzał startera i… stoję. Po kilku kilkunastu sekundach powolutku zaczynamy przesuwać się do przodu, idziemy coraz szybciej i w końcu powoli biegniemy. Minęła w sumie prawie minuta, zanim przekroczyłem linię startu. Włączam swój stoper.

 

Pierwszy kilometr: jest niesamowicie ciasno, trzeba bardzo uważać, tempo 5:50/km. Po trzech kilometrach biegnie już się w miarę komfortowo. Lepsi daleko z przodu, a słabsi za plecami. W końcu zrobiło się trochę miejsca. 5km mijam z czasem 27:50. 10km w czasie 54:47. 15km mijam po 1:22:30. I tutaj zaczynają się schody. Moje tempo mocno spadło. Chyba długi rękaw zrobił swoje. Kolejny mój błąd to zbyt mało wypitej wody na punktach odżywiania. Z każdym krokiem, coraz gorzej ale daje radę biegnę cały czas. Gdzieś na 16km mijają mnie „zające” biegnące na czas 1:55. Próbuję dotrzymać im kroku, ale bez skutku. Widzę jak powoli się oddalają. Do mety coraz bliżej, ale końcówka dłuży się niemiłosiernie. Mijam 20 km z czasem 1:52:30. Został kilometr i 97 metrów. Wbiegamy na Maltę. Jest ciężko, ale wiem że zaraz koniec i że ukończę bieg. Ostatni zakręt, ostania prosta, patrzę na zegar, a tam 1:59:59 zmienia się w 2:00:00 – ale na szczęście w zapasie jest prawie minuta ze startu. Gaz do dechy i mijam metę w czasie 2:00:22 (czas brutto), a netto 1:59:24.

 

Złamałem 2 godziny zajmując 3384 miejsce, gdzieś w środku stawki. Plan minimum osiągnięty. Ma mecie podobnie jak na starcie, straszny tłok. Ma mojej szyi zawisa medal. Kilka kroków dalej woda – w życiu tak dobrej nie piłem. Dalej jabłka – najlepsze jakie jadłem .

 

Reasumując: impreza dla mnie udana, zrealizowałem cel podstawowy. Pozostał jednak lekki niedosyt, bo mogło być dużo lepiej.”

radhe vega indyjskie zdobienia